Tym razem na największych w Polsce regatach śródlądowych Mamert Cup 2014 zdecydowałem się wystartować na Focusie 800 udostępnionym przez firmę czarterową Speedyacht. Przez ostatnich kilka lat pływam wyłącznie na jednostkach z mieczami szybrowymi więc ciekawy byłem jak będzie zachowywała się w silniejszym wierze (a taki był zapowiadany w prognozach) turystyczna wersja jachtu na co dzień pływająca w czarterze. Już od sobotniego poranka widomo było, że wiatru na pewno nam nie zabraknie. Wiało konkretne 10-12 m/s (6 B). Startowaliśmy w 4 osoby bez refu na grocie, który z pewnością bym zrobił jeżeli nie byłyby to regaty.
Start mieliśmy w miarę poprawny na czystym wietrze i dużej prędkości choć nieznacznie spóźniony. Mogło być trochę lepiej ale w sumie od kilku lat w regatach nie pływałem jako sternik i manewry startowe głównie oglądałem w wykonaniu innych. Po wejściu na pierwszą boję gdzie byliśmy na 3 pozycji zaczęliśmy wypatrywać kolejnego znaku. W tym momencie popełniłem chyba największy błąd w tych regatach bo zamiast płynąc prosto na cypel odbiliśmy znacznie w prawą stronę pod brzeg szukając boi, która w naszym mniemaniu gdzieś tam powinna być. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z popełnionego błędu doszło nas kilka jachtów na 2-3 długości. Od samego początku walczyliśmy z białym niezidentyfikowanym jachtem, który albo był nieznacznie przed nami albo trochę za. Jak się później okazało było to armatorskie Bolero 805 z mieczem szybrowym. Po trzeciej boi zwrotnej obraliśmy kurs na jezioro Święcajty. Wszystko mogło się niestety zmienić w przesmyku przy wejściu na to jezioro co też nastąpiło. Poszliśmy zbyt blisko drzew i zasłonięci daliśmy się wyprzedzić sternikowi jednego z jachtów Mariana Bełbota, który włączył się do rywalizacji. To oni właśnie pierwsi okrążyli wyspę (kolejny znak kursowy) i zmierzali w kierunku następnej boi na koniec Święcajt. Zdołaliśmy ich jednak dogonić i nieznacznie wyprzedzić przy ponownym wyjściu na Mamry. Od tego momenty już do końca powiększaliśmy przewagę zmierzając do mety. Na silnym wietrze radziliśmy sobie bardzo dobrze uzyskując pod koniec przewagę około 10 długości jachtu.
Aby jednak nie było zbyt nudno od tego momentu nastąpiła seria nieprzewidzianych wypadków. Na początku jeden z kabestanów szotowych pękł, odbił się od nadbudówki i wpadł do kabiny. Być może dosyć miał już poniewierania w tak trudnych warunkach i odmówił współpracy. Kabestany Lewmara stosuję od 10 lat i przyznam szczerze, że coś takiego widziałem po raz pierwszy. Na szczęście pozostał jeszcze na tej burcie kabestan fałowy więc łopot foka i strata prędkości nie była zbyt wielka. Po kilku minutach zaczęły przychodzić bardzo silne uderzenia wiatru sięgające 17 m/s (7 B). Przy jednym z takich uderzeń pękła linka z dynemy, na której pracował bloczek wózka szotowego i tak oto zostaliśmy bez foka. Jeden z załogantów rzucił się by przycisnąć szota własnym ciałem do pokładu. Skutek był raczej marny bo przy tak silnym wierze niedobrany fok bardziej nam przeszkadzał niż pomagał. Parę chwil po tym w wodzie znalazła się Marta, jedna z załogantek, która zsunęła się z pokładu i do pasa w wodzie zawisnęła na pasie kokpitowym. Pozostała część załogi rzuciła się na zawietrzną na ratunek co bynajmniej nie pomogło w zachowaniu stateczności. Nasz focus praktycznie stanął i mogłem tylko oglądać przepływające obok inne jednostki. Po wyciagnięciu załogantki i zmianie halsu zaczęliśmy naprawiać bloczek. Przywiązaliśmy go na krawat w nadziei, że wytrzyma jeszcze ostatnie kilkaset metrów. W tej chwili myślałem, że może chociaż zdołamy utrzymać podium. Po kilku minutach okazało się jednak, że jesteśmy w stanie płynąć ostrzej i szybciej od konkurencji. Na około sto metrów od mety pojawiła się nadzieja, że jeszcze możemy odrobić straty i nawet wygrać. Ponieważ linia mety ustawiona było lekko po skosie postanowiłem wchodzić blisko boi. Ta taktyka zdała egzamin i po raz trzeci z rzędu stanąłem na najwyższym stopniu podium (w przenośni oczywiście bo staliśmy na polanie) tym razem w roli sternika. Składam wielkie podziękowania załodze i ekipie z Bolera ( z którą zaprzyjaźniliśmy się zresztą bardzo na wieczornej imprezie) oraz organizatorowi regat. Moim zdaniem to najlepsze regaty jachtów śródlądowych w Polsce. Wspaniała atmosfera, doskonała organizacja, ciekawa formuła regat i dobra zabawa do rana. Namawiam wszystkich żeglarzy, którzy nie mieli jeszcze okazji tu wystartować do przyjazdu za rok.
Z żeglarskim pozdrowieniem,
Mariusz Sobusiak